Proszę Pani, ja mam dziś MASĘ sukcesów!” – a jeszcze kilka miesięcy temu ten sam chłopiec mówił: „Ja nie mam żadnych…”
Już od jakiegoś czasu w jednej ze szkół testowo wprowadziłam pewien rytuał. Na zakończenie każdych zajęć szachowych pytam dzieci: „Co dziś było Twoim sukcesem?” I nie chodzi o wygranie partii. Ani o oceny w szkole. Chodzi o coś, co Tobie się dziś udało.
Na początku było… dziwnie. Dzieci patrzyły niepewnie, ktoś powiedział coś na szybko, inny milczał. Byli też tacy, którzy z przekonaniem mówili:
„Ja nie mam żadnych sukcesów.”
Ale z czasem… coś się zaczęło zmieniać. Dzieci przestały się bać dzielić tym, co im się udało. Zaczęły szukać pozytywnych momentów w zwykłym dniu. A to wyjście na WF mimo deszczu, a to pomoc koledze, a to niepoddanie się w trudnej partii. I nagle – ostatnie zajęcia.
Ja nawet nie zdążyłam zapytać o sukcesy. Już byliśmy spóźnieni, kończyliśmy zajęcia, zaczęło się składanie szachownic… A dzieci mówią:
„Pani Ado! Ale jeszcze sukcesy!”
I zostały. I zaczęły mówić. Jedno po drugim. A ten sam chłopiec, który kiedyś mówił, że „nie ma żadnych”, nagle z błyskiem w oku wypalił:
„Ja mam MASĘ sukcesów!” I wymieniał je jeden po drugim. Z uśmiechem. Z dumą. Bez wahania. I widać było – nie tylko w słowach, ale w postawie, w twarzy, w oczach – że coś się w nim zmieniło. I właśnie dlatego uważam, że takie drobne rzeczy robią ogromną różnicę. Jedno pytanie. Powtarzane co tydzień.
I nagle dzieci uczą się zauważać, że są wystarczająco dobre – dokładnie takie, jakie są. Może spróbujecie też w domu? Niech każdy dzień kończy się pytaniem: „Co dziś było Twoim sukcesem?”
Bo nawet jeśli na początku będzie trudno… …to przyjdzie taki dzień, kiedy ktoś powie:
„Ja mam dziś MASĘ sukcesów!”

